Brian Aldiss
Non Stop
. 4 .
Jawa ko�czy�a si� powoli, nadchodzi� okres snu i
Complain czu�, jak w miar� zbli�ania si� nast�pnej porcji kary �o��dek jego
staje si� niespokojny. Przez jedn� sen-jaw� na cztery zar�wno w Kabinach, jak i
na otaczaj�cych je terenach panowa�a ciemno��. Nie by�a to ciemno�� absolutna,
tu i �wdzie w korytarzach jarzy�y si� kwadratowe �wiat�a kontrolne
przypominaj�ce ksi�yce; tylko w pokojach by�o bezksi�ycowo i panowa� mrok.
Takie by�o, przyj�te zreszt�, prawo natury. Wprawdzie starzy ludzie m�wili, �e
za �ycia ich rodzic�w ciemno�ci nie trwa�y tak d�ugo, ale starzy ludzie maj� z
zasady z�� pami�� i opowiadaj� dziwne historie ze swego dzieci�stwa.
W ciemno�ciach glony marszczy�y si� i zapada�y jak puste
worki. Ich gi�tkie �odygi wiotcza�y, �ama�y si� i wszystkie, z wyj�tkiem
najm�odszych p�d�w, robi�y si� czarne. Tak wygl�da�a ich kr�tka zima. Gdy
pojawia�o si� s�o�ce, m�ode p�dy i flance pi�y si� energicznie w g�r�,
pokrywaj�c martwe ro�liny now� fal� zieleni. Po nast�pnych czterech sen-jawach i
one obumiera�y; tego rodzaju cykl prze�ywa�y tylko najsilniejsze i najlepiej
przystosowane.
Przez ca�� obecn� jaw� wi�kszo�� spo�r�d kilkuset
mieszka�c�w Kabin pozosta�a bezczynna, g��wnie w pozycji horyzontalnej. Po
barbarzy�skich wybuchach rado�ci zawsze nastawa� okres spokoju i apatii. Wszyscy
byli odpr�eni, ale jednocze�nie niezdolni do ponownego w��czenia si� w
codzienn� rutyn�. Bezczynno�� ogarn�a ca�y szczep. Przygn�bienie spowi�o go jak
opo�cza, na zewn�trz barykad glony zacz�y zarasta� oczyszczone polany, ale
tylko g��d by� w stanie postawi� ludzi na nogi.
- M�g�by� wymordowa� wszystkich i ani jedna r�ka nie
podnios�aby si� w ich obronie - rzek� Wantage, a na prawej po�owie jego twarzy
pojawi�o si� co� na kszta�t natchnienia.
- Dlaczego wi�c tego nie zrobisz? - rzek� ironicznie
Complain. - Wiesz, co m�wi Litania: z�e pragnienia t�umione narastaj� i po�eraj�
umys�, w kt�rym si� zagnie�dzi�y. Bierz si� do dzie�a, Dziurawa G�bo.
W jednej chwili zosta� pochwycony za r�k�, a ostrze no�a
zawis�o w pozycji poziomej o milimetry od jego gard�a. Naprzeciw siebie mia�
przera�aj�ce oblicze - po�owa twarzy wykrzywiona w�ciek�o�ci�, po�owa za�
przyobleczona w sta�y, bezosobowy u�miech, du�e szare oko patrzy�o osobno,
zaj�te w�asnym, ca�kiem prywatnym polem widzenia.
- Nie wa� si� nazywa� mnie w ten spos�b kiedykolwiek, ty
gnij�ce �cierwo - warkn�� Wantage, po czym odwr�ci� si� i opu�ci� r�k� z no�em.
Gniew ust�pi�, a na jego miejsce pojawi�o si� co� w rodzaju upokorzenia -
przypomnia� sobie o swojej deformacji.
- Przykro mi - Complain po�a�owa� tych s��w w chwil� po ich
wypowiedzeniu, ale Wantafie ju� go nie s�ucha�.
Powoli, zdenerwowany tym wydarzeniem, Complain ruszy�
dalej. Wantage'a spotka� wracaj�c z g�stwiny, gdzie obserwowa� zbli�aj�cy si�
szczep. Je�eli mia�o doj�� do ich spotkania ze szczepem Greene, a nie by�o to
wcale takie pewne, to nie nale�a�o si� tego pr�dko spodziewa�. Najpierw
nast�pi�oby starcie mi�dzy rywalizuj�cymi ze sob� �owcami, co mog�o oznacza�
�mier� dla niejednego, ale na pewno oznacza�aby uwolnienie od monotonii
codziennego �ycia. Na razie Complain zatrzyma� t� wiadomo�� dla siebie. Niech
kto� inny, bardziej mi�uj�cy w�adz�, doniesie o tym porucznikowi.
Id�c do kwater stra�nik�w po kolejn� porcj� ch�osty nie
spotka� nikogo, z wyj�tkiem Wantage'a. Nadal panowa�a bezczynno�� i nawet
biczownik publiczny nie da� si� zmusi� do dzia�ania.
- Masz przed sob� jeszcze wiele sen-jaw rzek�. - Do
czego si� tak spieszysz? Zje�d�aj i daj mi spokojnie pole�e�. Id� i poszukaj
sobie nowej kobiety.
Complain wr�ci� do swego mieszkania, skurcz �o��dka
ust�powa�. Gdzie� w bocznym w�skim korytarzu kto� gra� na instrumencie strunowym
- us�ysza� fragment pie�ni �piewanej tenorem:
...w tym istnieniu ...zbyt d�ugo ...Gloria
Stara pie��, prawie zapomniana; przerwa� j� mocno zamykaj�c
drzwi. I znowu czeka� na niego Marapper; brudn� twarz ukry� w d�oniach, a na
jego t�ustych palcach po�yskiwa�y pier�cienie.
Complain poczu� nagle dreszcz emocji - wydawa�o mu si�, �e
wie, o czym duchowny b�dzie m�wi�, to by�o tak, jakby ju� kiedy� t� scen�
prze�ywa�. Bezskutecznie stara� si� zwalczy� bo wra�enie, ale oplot�o go ano jak
paj�czyna.
- Przestrzeni, synu - kap�an leniwie wykona� znak gniewu. -
Robisz wra�enie zgorzknia�ego.
- Bo jestem zgorzknia�y, ojcze. Tylko zab�jstwo mog�oby mi
pom�c.
Mimo tych nieoczekiwanych s��w uczucie, �e scen� t� ju�
prze�ywa�, utrzymywa�o si� nadal.
- S� sprawy wa�niejsze od zab�jstwa. Sprawy, o kt�rych ci
si� nawet nie �ni�o.
- Nie opowiadaj mi znowu tych bredni, ojcze. Za chwil�
powiesz, �e �ycie jest zagadk�, i zaczniesz gl�dzi� tak samo jak moja matka.
Czuj�, �e musz� kogo� zabi�.
- Zrobisz to, zrobisz to - uspokaja� go duchowny. - To
dobrze, �e tak to odczuwasz. Nigdy nie poddawaj si� rezygnacji, m�j synu, to
mo�e zniszczy� ka�dego. Jeste�my wszyscy napi�tnowani. Ukarano nas tu za jakie�
grzechy naszych przodk�w. Jeste�my wszyscy �lepi - miotamy si� w r�ne strony...
Complain wdrapa� si� zm�czony na swe legowisko. Uczucie, �e
prze�ywa� ju� t� scen�, znik�o bez �ladu. W tej chwili pragn�� tylko snu. Jutro
zostanie wyrzucony ze swego osobnego pokoju i wych�ostany, dzi� chcia� tylko
spa�. Kap�an przesta� m�wi�, wi�c Complain uni�s� g�ow� i zobaczy�, �e Marapper,
oparty o jego pos�anie, wpatruje si� w niego uporczywie. Zanim Complain odwr�ci�
si� spiesznie, ich oczy si� spotka�y.
Najsilniejszym tabu w ich spo�eczno�ci by�o niepisane prawo
zakazuj�ce m�czyznom patrzenia sobie w oczy; ludzie uczciwi, o szczerych
zamiarach, rzucali sobie tylko przelotne spojrzenia. Complain wyd�� doln� warg�,
a jego twarz przybra�a wyraz pe�en okrucie�stwa.
- Co ty do diab�a chcesz ode mnie, Marapper? - wybuchn��.
Mia� ogromn� ochot� powiedzie� duchownemu, �e przed chwil� dowiedzia� si� o jego
nieprawym pochodzeniu.
- Nie otrzyma�e� jeszcze swoich sze�ciu ch�ost, prawda,
ch�opcze?
- Co ci� to obchodzi, kap�anie?
- Duchowny nie mo�e by� samolubem. Pytam dla twojego dobra,
a pola tym twoja odpowied� ma dla mnie du�e znaczenie.
- Nie, nie otrzyma�em. Jak wiesz, wszyscy s� obecnie do
niczego, nawet biczownik publiczny.
Oczy kap�ana szuka�y znowu jego oczu. Complain odwr�ci� si�
i mimo niewygodnej pozycji patrzy� t�po w �cian�, ale nast�pne pytanie
duchownego spowodowa�o, �e natychmiast zmieni� pozycj�.
- Czy nigdy nie mia�e� ochoty wpa�� w szale�stwo, Roy?
Przed oczyma Complaina, wbrew jego woli, pojawi�a si�
wizja: oto biegnie przez Kabiny z p�on�cym paralizatorem w r�ku, a wszyscy z
l�kiem i szacunkiem rozst�puj� si� przed nim, pozostawiaj�c go panem sytuacji.
Wielu spo�r�d najlepszych i najdzielniejszych m�czyzn, mi�dzy nimi jeden z jego
braci Gregg, wpad�o w swoim czasie w sza�, przedzieraj�c si� przez osiedle i
uciekaj�c, co si� niekt�rym udawa�o, na mniej zbadane tereny, g�sto poro�ni�te
glonami, gdzie �yli samotnie lub przy��czali si� do innych grup - w obawie przed
powrotem i czekaj�c� ich kar�. Wiedzia�, �e jest to m�ski, a nawet zaszczytny
czyn, ale projekt nie powinien wychodzi� od duchownego. Co� takiego m�g�by
zaleci� lekarz �miertelnie choremu, ale kap�an, zamiast rozsadza� szczep od
wewn�trz, powinien czuwa� nad jego jedno�ci� przez roz�adowywanie ludzkich
stres�w, tak by nie przeradza�y si� w nerwice. Po raz pierwszy zrozumia�, �e
Marapper osi�gn�� jaki� prze�omowy punkt swego �ycia, �e z czym� si� zmaga, i
zastanawia� si�, jaki zwi�zek mog�a mie� z tym stanem duchownego choroba
Bergassa.
- Popatrz na mnie, Roy. Odpowiedz.
- Dlaczego m�wisz do mnie w ten spos�b? usiad�,
przynaglony tonem kap�ana.
- Musz� wiedzie�, jaki jeste� naprawd�.
- Wiesz przecie�, co m�wi Litania: „Jeste�my synami
tch�rzy, dni up�ywaj� nam w nieustannym strachu".
- Wierzysz w to? - spyta� kap�an.
- Oczywi�cie. Tak jest napisane w Nauce.
- Potrzebuj� twojej pomocy, Roy. Czy poszed�by� za mn�,
nawet gdybym ci� wyprowadzi� w og�le z Kabin - w Bezdro�a?
Wszystko to zosta�o powiedziane cicho i szybko. Tak cicho i
szybko, jak bi�o pe�ne niepewno�ci serce Complaina. Nie usi�owa� nawet doj�� do
�adnego wniosku, nie pr�bowa� podj�� �wiadomej decyzji, trzeba to by�o
pozostawi� instynktowi, rozum zbyt wiele wiedzia�.
- To b�dzie wymaga�o odwagi - rzek� w ko�cu.
Kap�an uderzy� si� po pot�nych udach ziewaj�c nerwowo, co
spowodowa�o, �e wyda� d�wi�k podobny do pisku.
- Nie, Roy, ty k�amiesz, zupe�nie tak samo, jak pokolenia
k�amc�w, kt�re wyda�y ci� na �wiat. Je�eli st�d odejdziemy, b�dzie to oznacza�o
ucieczk�, unikanie odpowiedzialno�ci, jak� na doros�ego cz�owieka nak�ada
wsp�czesne spo�ecze�stwo. Wymkniemy si� ukradkiem b�dzie to, m�j
ch�opcze, odwieczny akt powrotu do natury, bezowocna pr�ba powrotu na �ono
przodk�w. Tak wi�c odej�cie oznacza� b�dzie naprawd� ostateczne tch�rzostwo. No
wi�c, p�jdziesz ze mn�?
Jakie� ukryte znaczenie tych s��w utwierdzi�o Complaina w
podj�tej ju� decyzji. P�jdzie! Ucieknie przed t� nieuchwytn� zas�on�, kt�rej
nigdy nie potrafi� przenikn��. Zsun�� si� z legowiska pragn�c ukry� swoj�
decyzj� przed zach�annymi oczyma Marappera, dop�ki nie dowie si� czego� wi�cej
na temat wyprawy.
- Co my, kap�anie, b�dziemy robili we dw�jk� w tej
pl�taninie glon�w Bezdro�y?
Kap�an wsadzi� gruby kciuk do nosa i patrz�c na swoj� r�k�
rzek�:
- Nie b�dziemy sami. P�jdzie z nami jeszcze kilku wybranych
ludzi. S� do tego od pewnego czasu przygotowani. Jeste� zawiedziony, kobiet� ci
zabrano, co masz do stracenia? Gor�co namawiam ci� na udzia� - dla twojego
w�asnego dobra oczywi�cie - chocia� mnie osobi�cie wygodnie b�dzie mie� ze sob�
kogo� o s�abej woli, ale za to z oczyma my�liwego.
- Kim oni s�, Marapper?
- Powiem ci, jak ju� si� zdecydujesz z nami i��. Gdybym
zosta� zdradzony, stra�nicy poder�n�liby nam gard�a - w szczeg�lno�ci mnie - co
najmniej w dwudziestu miejscach.
- Co tam b�dziemy robi�? Dok�d mamy si� uda�?
Marapper wsta� powoli i przeci�gn�� si�. D�ugimi palcami
grzeba� we w�osach, a jednocze�nie przywo�a� ,na twarz najstraszliwsze szydercze
spojrzenie, na jakie potrafi si� zdoby�, unosz�c jeden nalany policzek, a
opuszczaj�c drugi, tak �e usta mi�dzy nimi wygl�da�y jak zwi�zana w supe� lina.
- Id� sam, Roy, je�eli nie masz zaufania do mojego
kierownictwa. Jeste� zupe�nie jak baba, potrafisz tylko skar�y� si� i pyta�.
Powiem ci tyle: moje plany s� tak wielkie, �e przekraczaj� twoje mo�liwo�ci
rozumienia. Panowanie nad statkiem! Oto mi chodzi i o nic mniej. Ca�kowite
panowanie nad statkiem - nawet nie rozumiesz, co to znaczy.
- Nie mia�em zamiaru odmawia� - rzek� Complain zaskoczony
wojownicz� postaw� duchownego.
- To znaczy, �e idziesz z nami?
- Tak.
Marapper chwyci� go za r�k� bez s�owa, jego twarz
promienia�a.
- A teraz powiedz mi, kim oni s� rzek� Complain
przestraszony w�asn� decyzj�.
Marapper pu�ci� jego r�k�.
- Znasz stare powiedzenie, Roy: prawda nigdy jeszcze nikogo
nie uczyni�a wolnym. Dowiesz si� wkr�tce. Dla twojego dobra wol� ci tego jeszcze
nie m�wi�. Planuj� wymarsz w czasie nast�pnego snu. A teraz zostawi� ci� samego,
bo mam jeszcze co� do zrobienia. Ani s�owa nikomu.
W drzwiach zatrzyma� si�. W�o�y� r�k� w zanadrze i
wyci�gn�� co� wymachuj�c tym triumfalnie. Complain rozpozna� ksi��k� nale��c� do
zbior�w wymar�ych Gigant�w.
- Oto nasz klucz do pot�gi! - zawo�a� teatralnie Marapper,
po czym schowa� ksi��k� i zamkn�� za sob� drzwi.
Complain sta� nieruchomo jak pos�g po�rodku pokoju. W
g�owie szala�a mu burza my�li, kt�re k��bi�y si� jednak w miejscu, donik�d nie
prowadz�c. Marapper by� kap�anem, posiad� wiedz�, kt�rej nie mieli inni, tym
samym Marapper musi by� wodzem...
Podszed� powoli do drzwi i otworzy� je. Duchowny znikn�� mu
z oczu i w okolicy nie by�o wida� nikogo, z wyj�tkiem brodatego malarza Menera.
Ca�kowicie poch�oni�ty prac�, z ogromnym skupieniem malowa� jaskrawy fresk na
�cianie korytarza maczaj�c p�dzel w r�nych farbach, w jakie zaopatrzy� si� w
czasie ostatniej sen-jawy. Pod jego r�k� powstawa� na �cianie wielki kot. Meller
by� tak zaj�ty, �e nie zauwa�y� Complaina. Robi�o si� p�no i Complain uda� si�
na posi�ek do prawie pustej mesy. Jad� ledwie �wiadom tego, co robi, a kiedy
wr�ci� do siebie - Meller malowa� dalej jak w transie. Complain zamkn�� drzwi i
zacz�� s�a� ��ko. Szar� sukienk� Gwenny, kt�ra nadal wisia�a na haku, zerwa�
gwa�townie i rzuci� za szaf�. Po�o�y� si� i le�a� w milczeniu.
Nagle do pokoju wpad� opas�y zadyszany Marapper. Zatrzasn��
za sob� drzwi i zacz�� szarpa� p�aszcz, kt�ry przyci�� sobie wchodz�c.
- Schowaj mnie Roy, szybko! Szybko, przesta� si� gapi�,
durniu! Wstawaj, wyci�gaj n�. Zaraz tu b�d� stra�nicy, Zilliac! Goni� mnie.
Zarzynaj� biednych, starych duchownych, jak tylko ich dopadn�.
M�wi�c to podbiegi do koi Complaina, odci�gn�� j� do �ciany
i zacz�� si� za ni� gramoli�.
- Co takiego zrobi�e�? - zapyta� Complain. - Dlaczego ci�
goni�? Czemu chcesz si� ukry� w�a�nie tu? Po co mnie w to wci�gasz?
- To nie �aden dow�d zaufania, by�e� po prostu najbli�ej, a
moje nogi nie s� stworzone do biegania. Moje �ycie jest w niebezpiecze�stwie.
M�wi�c to Marapper rozgl�da� si� nerwowo, jakby w
poszukiwaniu lepszej kryj�wki, ale w ko�cu zdecydowa�, �e nic lepszego nie
znajdzie i �e zawieszaj�c koc na brzegu ��ka b�dzie zas�oni�ty od strony drzwi.
- Musieli widzie�, jak tu wchodzi�em rzek�. - Nie
chodzi nawet o moj� sk�r�, tylko o m�j plan, kt�ry musz� zrealizowa�.
Powiedzia�em o naszych zamiarach jednemu ze stra�nik�w, kt�ry poszed� z tym
prosto do Zilliaca.
- Ale dlaczego ja... - zacz�� gniewnie Complain, nie
doko�czy� jednak, ostrze�ony przez wybuch zamieszania. Drzwi otworzy�y si� z
tak� si��, �e prawie wyskoczy�y z zawias�w, ma�o nie potr�caj�c Complaina, kt�ry
sta� tu� za nimi. Pod wp�ywem napi�cia dozna� ol�nienia. Zakry� twarz
r�kami, zatoczy� si�, zgi�� wp� i j�cz�c udawa�, �e zosta� uderzony drzwiami.
Mi�dzy palcami dojrza� Zilliaca, praw� r�k� porucznika i pierwszego kandydata na
przysz�ego dow�dc�. Zilliac wpad� do pokoju, kopni�ciem zatrzasn�� za sob� drzwi
i spojrza� pogardliwie na Complaina.
- Przesta� si� wydziera�! - krzykn��. Gdzie kap�an?
Widzia�em, jak tu wchodzi�.
Odwr�ci� si�, z wycelowanym paralizatorem, aby rozejrze�
si� po pokoju, i w tym momencie Complain chwyci� drewniany sto�ek Gwenny,
zamachn�� si� nim i z ca�ej si�y wyr�n�� Zilliaca w podstaw� czaszki. Rozleg�
si� rozkoszny dla ucha trzask drzewa i ko�ci i Zilliac run�� jak d�ugi na
pod�og�. Nie zd��y� jeszcze dotkn�� pok�adu, gdy Marapper by� ju� na nogach.
Zapar� si� i obna�aj�c z�by z wysi�ku przewr�ci� ci�k� koj� na le��cego.
- Mam go! - zawo�a�. - Na Boga, mam go!
Z godn� podziwu, jak na tak t�giego m�czyzn�, szybko�ci�
podni�s� paralizator Zilliaca i odwr�ci� si� do drzwi.
- Otwieraj, Roy! Tam na pewno s� inni, a to jest jedyna
okazja, aby wydosta� si� st�d z ca�ym gard�em.
W tej chwili drzwi otworzy�y si� bez udzia�u. Complaina i
stan�� w nich malarz Meller. Mia� kredowobia�� twarz i wsuwa� w�a�nie n� do
pochwy.
- Oto ofiara dla ciebie, kap�anie - rzek�. Lepiej
b�dzie, jak j� dostarcz� od razu, nie czekaj�c, a� kto� si� pojawi.
Chwyci� le��cego bezw�adnie w korytarzu stra�nika za
kostki, po czym z pomoc� Complaina wci�gn�� go do pokoju zamykaj�c drzwi.
- Nie wiem, o co tu chodzi, kap�anie - rzek� Meller
ocieraj�c pot z czo�a - ale kiedy ten typ us�ysza� to ca�e zamieszanie, bieg�
ju� po swoich przyjaci�. Wydawa�o mi si�, �e lepiej b�dzie za�atwi� si� z nim
wcze�niej, zanim sprowadzi ci go�ci.
- Niech odb�dzie D�ug� Podr� w spokoju - rzek� s�abym
g�osem Marapper. - To by�a dobra robota, Meller. Trzeba przyzna�, �e jak na
amator�w dali�my sobie doskonale rad�.
- Dobrze rzucam no�em - wyja�ni� Meller. - Ca�e szcz�cie,
bo nie znosz� walki wr�cz. Czy mog� usi���?
Complain, jeszcze oszo�omiony, ukl�k� mi�dzy dwoma cia�ami,
nas�uchuj�c bicia serca. Dotychczasowego zwyczajnego Complaina zast�pi� teraz
m�czyzna dzia�aj�cy pewnie jak automat, o szybkich ruchach i reakcjach. Ten
sam, kt�ry podczas polowa� przejmowa� inicjatyw�. Teraz jego r�ka szuka�a �lad�w
�ycia u Zilliaca i skulonego stra�nika. Ale u �adnego z nich nie doszuka� si�
ju� t�tna...
W ma�ych szczepach �mier� by�a zjawiskiem tak pospolitym
jak karaluchy. „�mier� jest najdawniejsz� towarzyszk� cz�owieka", jak m�wi�
ludowy poemat. Nauka te� po�wi�ca�a temu przeci�gaj�cemu si� spektaklowi wiele
miejsca - musia�y istnie� pewne kanony post�powania w zetkni�ciu ze �mierci�.
Budzi�a l�k, a przecie� l�k nie powinien prze�ladowa� cz�owieka... Na fakt
�mierci Complain automatycznie zareagowa� stereotypowym aktem rozpaczy, tak jak
go nauczono.
Widz�c to Marapper i Meller przy��czyli si� do niego;
duchowny nawet cicho pop�akiwa�. Gdy zabiegi te dobieg�y ko�ca, a ostatnie
zakl�cie na D�ug� Podr� zosta�o wypowiedziane, powr�cili do stanu, o ile to
mo�na by�o tak nazwa�, normalnego.
Teraz siedzieli nad zw�okami patrz�c po sobie, przera�eni,
a jednocze�nie w jaki� zabawny spos�b zadowoleni z siebie. Na zewn�trz panowa�a
cisza i tylko powszechnemu bezw�adowi, jaki zapanowa� po okresie zabaw,
zawdzi�czali, �e nie pojawili si� �adni gapie, co by ich niechybnie
zdemaskowa�o.
Powoli Complainowi powr�ci�a zdolno�� my�lenia.
- Co ze stra�nikiem, kt�ry zdradzi� twoje plany Zilliacowi?
- spyta�. - B�dziemy mieli wkr�tce przez niego k�opoty, Marapper, je�eli tu
d�u�ej zabawimy.
- Nie zaszkodzi nam ju�, nawet gdyby�my zostali tu na
zawsze - rzek� duchowny - najwy�ej b�dzie razi� nasze powonienie. - Po czym
wskazuj�c na cz�owieka, kt�rego przywl�k� Meller, doda�: - Wygl�da na to, �e
moje plany nie zosta�y przekazane dalej i z tej przyczyny mamy na szcz�cie
troch� czasu, zanim zacznie si� poszukiwanie Zilliaca. Podejrzewam, �e mia�
jaki� w�asny cel, inaczej zjawi�by si� z eskort�. Tym lepiej dla nas, Roy,
musimy rusza� od razu. Kabiny nie s� dla nas obecnie zdrowym miejscem.
Wsta� szybko, ale nie przewidzia� dr�enia n�g i usiad� z
powrotem. Po chwili podni�s� si� znowu, tym razem ju� bardzo powoli.
- Jak na cz�owieka subtelnego, nie�le sobie poradzi�em z
tym ��kiem, co? - rzek� nieco zak�opotany.
- Jeszcze mi nie wyja�ni�e�, dlaczego ci� �cigano, kap�anie
- powiedzia� Meller.
- Tym wi�cej sobie ceni� twoj� szybk� pomoc - rzek� g�adko
Marapper kieruj�c si� w stron� drzwi.
Meller zagrodzi� wyj�cie r�k�.
- Chc� wiedzie�, w co jeste�cie zamieszani powiedzia�.
- Bo czuj�, �e jestem zamieszany w to samo.
Marapper wyprostowa� si�, ale poniewa� milcza�, Complain
zapyta� wzburzony:
- A dlaczego nie mia�by i�� z nami?
- Ach, wi�c to tak... - powiedzia� artysta powoli. -
Opuszczacie Kabiny... �ycz� wam wiele szcz�cia, przyjaciele, i mam nadziej�, �e
znajdziecie to, czego szukacie. Ja sam wol� zosta� bezpiecznie na miejscu i
dalej sobie malowa�, niemniej dzi�kuj� za zaproszenie.
- Pomijaj�c drobny fakt, �e nie by�o �adnego zaproszenia,
zgadzam si� z tob� ca�kowicie rzek� Marapper. - Pokaza�e� wprawdzie przed
chwil�, co potrafisz, przyjacielu, ale ja potrzebuj� naprawd� ludzi czynu, i to
kilku, a nie ca�� armi�.
Meller odsun�� si�, a Marapper k�ad�c d�o� na klamce
z�agodnia� nieco.
- Nasze �ycie w og�le jest bardzo kr�tkie, ale wydaje mi
si�, �e tym razem, przyjacielu, zawdzi�czamy je tobie. Wracaj do swoich farb,
malarzu, i nikomu ani s�owa.
Szybko ruszy� korytarzem, a Complain pospieszy� za nim.
Szczep pogr��ony by� we �nie. Min�li sp�niony patrol udaj�cy si� na jedn� z
tylnych barykad i dw�ch m�odych ludzi z dziewczynami w jaskrawych szmatkach
usi�uj�cych odnale�� nastr�j minionej zabawy, poza tym okolica by�a ca�kowicie
wyludniona.
Marapper skr�ci� ostro w boczny korytarz i uda� si� do
swojej kwatery. Rozejrza� si� woko�o, wyci�gn�� klucz magnetyczny i otworzy�
drzwi wpychaj�c Complaina pierwszego do �rodka. By� to du�y pok�j zagracony
przedmiotami zbieranymi przez ca�e �ycie, tysi�cami wy�ebranych lub zdobytych za
�ap�wk� rzeczy, kt�re od czasu wygini�cia Gigant�w nie mia�y ju� �adnego
zastosowania. By�y ciekawe tylko jako totemy, �lady cywilizacji bogatszej i
bardziej rozwini�tej od ich w�asnej. Complain rozgl�da� si� bezradnie doko�a.
Patrzy� na r�ne rzeczy, kt�rych jak gdyby nie poznawa� - na aparaty
fotograficzne, elektryczne wentylatory, sk�adanki, ksi��ki, wy��czniki,
kondensatory, nocnik, klatk� dla ptak�w, wazy, ga�nice, p�ki kluczy, dwa obrazy
olejne, papierow� rolk� z napisem: „Mapa Ksi�yca", telefon-zabawk� i wreszcie
skrzynk� pe�n� butelek zawieraj�cych g�st� zawiesin� z napisem „Szampon".
Wszystko to by�y �upy zdobyte nie zawsze uczciwie i niewiele warte, chyba jako
ciekawostki.
- Zosta� tutaj, a ja sprowadz� pozosta�ych trzech
rebeliant�w - rzek� Marapper szykuj�c si� do wyj�cia. - Zaraz potem ruszamy.
- A je�eli oni zdradz� tak jak ten stra�nik? - Nie zrobi�
tego, przekonasz si�, jak ich zobaczysz - rzek� kr�tko Marapper. - Dopu�ci�em
stra�nika do tajemnicy tylko dlatego, �e widzia�, jak to co� tutaj znika�o -
uderzy� w ksi��k� schowan� w p�aszczu.
Wyszed� i Complain us�ysza� trzask zamka magnetycznego.
Gdyby nic nie wysz�o z plan�w kap�ana, mia�by wiele do wyja�nienia po ujawnieniu
jego obecno�ci w tym pokoju i prawdopodobnie poni�s�by �mier� na miejscu za
zabicie Zilliaca. Czeka� w napi�ciu, nerwowo pocieraj�c niewielkie skaleczenie
r�ki. Popatrzy� na nie - w mi�niu d�oni tkwi�a drobna drzazga. Nogi sto�ka
Gwenny nigdy nie by�y g�adkie...
nast�pny |